Niabačny Źvier
Uiljam Hołdynh u svaim ramanie «Vaładar much» raspavioŭ pra katastrofu: nad biaźludnaj vyspaju raźbiŭsia samalot. Acaleli adnyja chłopčyki, dzieci... Na pryhožaj akijanskaj vyśpie jany znajšli sabie mnostva ježy i jašče niejki čas, pa inercyi imknulisia pavodzić siabie cyvilizavana: raźmierkavali abaviazki, parupilisia pra ahoń i dach nad hałavoju, kureli dymam, kab ich mahli pabačyć z mora i ŭratavać. Ale minali dni, a paratunku nie było. Pakinutyja sam-nasam chłopcy pačali dzičeć, zabylisia pra syhnalny ahoń, pra raźmierkavanyja abaviazki. Tyja, chto zaklikaŭ da rozumu, zastalisia ŭ mienšaści. Astatnija, pasyŭna padparadkoŭvajučysia impetnamu pravadyru-demahohu, žyli jak nabiažyć, nia dbajučy pra zaŭtra. Urešcie ŭsio skončyłasia našmat bolšaj katastrofaju: hulajučy, chłapčuki zabili dvuch svaich pryjacielaŭ i ŭrešcie padpalili vyspu...
Raman Hołdynha zhadaŭsia mnie, kali siabra-fatohraf viarnuŭsia niadaŭna z «čarnobylskich» rajonaŭ, dzie zdymaŭ pavodku, i raspavioŭ pra svaje ŭražańni. «Ja chacieŭ pabačyć epičnuju pryhažość: mahutnuju stychiju, jakaja biaźlitasna ačyščaje ziamlu, — kazaŭ siabra. — A niama pryhažości. Paŭsiul brud. Ludzi, sami žyvučy niščymna, zrabili niščymnym usio vakoł siabie. Razvalenyja budyniny, słupy, draty, kučy chłudu. Vada sydzie, a biazładździe zastaniecca. Heta ŭžo nia ludzkaje žyćcio». «Nu niejak ža žyvuć, — kazaŭ ja, — niešta ž robiać». «Što im rabić? Pali zmyła, kałhasnyja haspadarki, ličy, lasnuli, hrošaj, techniki, benzynu niama. Elektryčnaść nie paŭsiul. Zaliło kałodziežy, prybiralni, mohiłki, chlavy. Dyk jany zapłyvuć za chleŭ, dzie, im zdajecca, vada čyściejšaja, adtul i myjucca, i pjuć. Pra radyjacyju navat užo j havaryć zabylisia. Žyvuć. A navošta?..»
Navošta žyć, sapraŭdy? Žyć chvorym i biednym, u hrazi j radyjacyi, pracavać na dziaržavu zadarma, siejać chleb, jaki paśla zredźčasu pryvoziać u brudnaj žaleznaj mašynie. Vieryć uładzie, jakaja ničoha nia robić, i hałasavać za toje, kab ničoha nie źmianiałasia... Skažuć evakujavacca — pajeduć. Skažuć viartacca — viernucca. Jak skažuć. Chvarejuć, pamirajuć dzieci. Boh daŭ, Boh zabraŭ. Zrešty, dzie jon, toj Boh? Jak jon da nas, tak i my da jaho...
Chłopčyki ŭ ramanie Hołdynha taksama niekali chadzili ŭ carkvu j śpiavali ŭ chory. Pakinutyja ludźmi, jany pakinuli j Boha. Na źmienu jamu pryjšoŭ strach — tajamničy niabačny Źvier, jaki im to mroiŭsia, to śniŭsia. Niekatorym zdavałasia, što jany jaho bačyli. Šustry padletak-pravadyr nieŭzabavie ściemiŭ, što, pieściačy ŭ małodšych dzieciach žach pierad niabačnym Źvieram, jaki moža spuskacca ź nieba i vyłazić z akijanu, jon apanuje ichnyja dušy, sparalizuje pamknieńnie myślić lahična. I heta dało pravadyru absalutnuju ŭładu.
Miljony ludziej žyvuć na zabrudžanych radyjacyjaj i chimijaj ziemlach, biazvolna nazirajučy, jak usio skančajecca: hrošy, zdaroŭje, žyćcio. I ničoha nie źbirajucca mianiać. Bo nia bačać ni siabie, ni svaich dziaciej u budučyni. Ni ŭ śvietłaj, ni ŭ zmročnaj. Bo pierakananyja, što, pa-pieršaje, da ich užo nikomu niama spravy, jak mierkavali i dzieci na vyśpie z ramanu Hołdynha. A pa-druhoje... ich vola ścisnutaja niabačnym Źvieram, jaki toicca paŭsiul — radyjacyjaj. Spačatku radyjafobija narastała stychijna. Paśla jaje ŭziali na ŭzbrajeńnie demakraty, kab zhurtavać ludziej vakoł siabie. Zatym na hetym pačali spekulavać kamunisty, moviačy: «Kudy ž nam biez SSSR?» Dajšła čarha i da Łukašenki: «Kamu my patrebnyja ŭ śviecie, sa svajoj radyjacyjaj?» Hetak za trynaccać hadoŭ ludziej pierakanali, što paratunku niama, treba słuchać pravadyra, nie sprabujučy pieraacanić svajo stanovišča i zaniacca samaratavańniem.
Dramatyčny tvor Hołdynha skančajecca chepi-endam: pryjechali darosłyja i zabrali dziaciej z paniščanaj imi, niekali pryhožaj vyspy. Stała zrazumieła, što Źvier, navat niabačny i ŭsiudyisny, — heta tolki źvier, a ludzi majuć rozum i mohuć zrabić razumny vybar. Kab nie było bolšych trahiedyjaŭ.
S. Ch.
Kamientary